Anna
Było ciepłe czerwcowe popołudnie. Słońce powoli schodziło w dół, a ja
siedząc wygodnie na przednim siedzeniu mojego nowego, czerwonego Cadillaka
wchłaniałam w siebie promienie UV, opalając się. Mój ulubiony szofer prowadził
bardzo dobrze: szybko, nie nerwowo i bardzo miękko. Na tylnym siedzeniu,
gniotła się razem z mym psem Bernardynem (Ernestem) moja nieco ekscentryczna
sekretarka - panna Klotylda. Ernest z zadowoloną miną zjadał kość, zaś
panna Klotylda malowała sobie paznokcie. Było spokojnie, cicho, na
drodze oprócz nas nie było ani jednego samochodu, istne pustkowie... Od
czasu do czasu mijaliśmy stację benzynową, czasem małe skupiska willi jednorodzinnych,
a czasem nawet fabrykę papierosów. Był spokój i nic nie zdawało się go
mącić, zwłaszcza, że jechaliśmy na wakacje- na zasłużone wakacje... Mieliśmy
mieszkać w luksusowym pensjonacie nieopodal małej miejscowości Hoother.
Mój kochany ojciec zarezerwował nam trzy ogromne apartamenty, każdy z kuchnią.
Umówiłam się z moją koleżanką, że i ona zarezerwuje sobie pokój w tymże
pensjonacie. Moja koleżanka miała na imię Anna i była dość przysadzistą,
niską blondynką, o dużych, piwnych oczach. Włosy zazwyczaj upinała w kok,
czasami jednak nosiła rozpuszczone. Kiedyś - jeszcze w czasach gdy studiowałyśmy,
miała męża, później jednak rozwiodła się z nim, bo stwierdziła, iż to była
tylko młodzieńcza miłość i teraz już go nie kocha. Do dziś w mężczyznach
przebiera jak w rękawiczkach, jej związki trwają góra pół roku... W przeciwieństwie
do mnie nigdy nie chciała mieć dzieci, toteż nigdy ich nie miała, później
jednak żałowała swojego postanowienia (ale wtedy było już za późno)...
Do wakacyjnego miejsca zamieszkania dojechaliśmy późnym wieczorem,
kiedy było już całkiem ciemno. W portierni dostaliśmy klucze, a chłopiec
hotelowy wskazał nam apartamenty. Mój apartament był przestronny, skromnie
urządzony, ale widać było już na pierwszy rzut oka, że jest bardzo luksusowy...
Anna miała pokój naprzeciwko mojego, więc gdy byłam już rozpakowana, postanowiłam
do niej zajrzeć. Po cichu, tak aby nie obudzić innych letników, wydostałam
się z mojego pokoju i przeszłam na drugą stronę korytarza. Delikatnie zapukałam.
Usłyszałam przyjazny głos, po chwili kroki, a potem w otwartych drzwiach
stanęła Anna. Była ubrana w białą, lekko prześwitującą koszulę nocną i
wielkie, miękkie pantofle, zapewne zrobione z prawdziwego aksamitu. Moja
przyjaciółka trochę zdziwiona z mojej tak późnej wizyty, powiedziała głosem
lekko zaspanym:
- Ach to ty... Nie wiedziałam, że przyjedziesz o tak późnej porze...
Byłam raczej przekonana, że dotrzecie tu dopiero jutro. - chwila ciszy
- Wejdź! Zawsze miło cię widzieć...
- Jak ci się podoba hotel?- zaczęłam rozmowę- Czy byłaś już dzisiaj
nad morzem?
- I to, i to- odpowiedziała zwięźle Anna- Zwłaszcza podoba mi
się nazwa hotelu... "Pod rekinami", to ładnie brzmi n'est a pas?
- Tak, ładnie... ale czemu o tym mówisz?
- Skoro o to pytasz...- lekko zmieszała się zaspana .
Nasza dalsza rozmowa opierała się tylko na głupich pytaniach i głupich
odpowiedziach. Jeśli jest godzina trzecia w nocy, to rozmowy z zasady się
nie kleją... Około czwartej nad ranem postanowiłam opuścić pokój przyjaciółki
i udać się na wymarzoną drzemkę. Można to było nazwać drzemką, ponieważ
o siódmej miałam zamiar wstać... Chciałam zdążyć na pierwszą turę śniadaniową,
tak aby spotkać się z rannymi ptaszkami - panną Klotyldą i szoferem- Józefem.
Punktualnie o siódmej zadzwonił telefon. Zaspana, w słuchawce usłyszałam
głośny melodyjny głos jakiejś pani:
- Czy to pokój 102?- nie zdążyłam dać przytakującej odpowiedzi,
ponieważ pani była chyba przekonana o swojej racji.- Pani zamawiała budzenie...
Więc budzę...
- Dlaczego spytała pani czy to pokój 102 i nie zaczekała pani
na odpowiedź?- zdążyłam spytać, zanim kobieta odłożyła słuchawkę.
- Bo mam tak w regułce! - powiedziała jakby z pretensją, że mogę
nie wiedzieć i trzasnęła słuchawką. Dlatego iż rozmowa z panią przestrzegającą
regulaminów, zajęła mi całe cenne pięć minut, musiałam jak najszybciej
wymyć się i ubrać. Na śniadanie spóźniłam się zaledwie dwie
minuty, co było zaskakujące, biorąc pod uwagę, że normalnie spóźniam się
około pół godziny...
W jadalni zastałam siedzących Józefa i pannę Klotyldę. Zajadali ze
smakiem jajecznicę i biały ser, popijając: Józef kawą, a Klotylda sokiem
pomarańczowym. Ja nie byłam głodna i nic nie jadłam, byłam za bardzo zajęta
wodzeniem wzrokiem po stolikach, szukając Anny.
Wypatrzyłam ją... Siedziała w rogu sali podparta łokciem, czytając
położoną przed nią książkę Była to zapewne jedna z jej ulubionych książek
o piratach, bo trzeba wiedzieć, że co jak co, ale Anna uwielbiała książki
o piratach... Nie zdążyłam dokładnie przyjrzeć się, co jadła, bo do sali
wszedł podenerwowany kierownik ośrodka trzymając pod rękę jakiegoś płaczącego
mężczyznę... Na sali zapanowała kompletna cisza. Spowodował to kierownik
gestykulując coś i krzyczący.
- Drodzy państwo zapewne wiecie, że w naszym hotelu mamy zaszczyt
gościć wspaniałego aktora Georga Tostera...- mówił zdenerwowany dyrektor-
Wczoraj, gdy pan Toster był w łazience, ktoś włamał się do pokoju i porwał
jego ośmioletnią córkę! Jeśli ktoś był świadkiem porwania, proszę, aby
zgłosił się do mojego gabinetu, tuż po śniadaniu.. Ledwo co skończył od
razu zapanował gwar, wszyscy najwyraźniej podekscytowani krzyczeli jeden
przez drugiego. Tylko przy naszym stoliku panowała cisza, cisza w dosłownym
znaczeniu tego słowa - nikt, nawet gadatliwa panna Klotylda, nie pisnął
ani słowa. Postanowiłam pójść podzielić się swoimi emocjami z przyjaciółką.
Podeszłam pomału do jej stolika i usiadłam.
- Aniu - zaczęłam- Pewnie musi ci być smutno, byłaś kiedyś dziewczyną
Tostera... A teraz on biedny rozpacza, z powodu...
- Nie jest mi w ogóle smutno- przerwała mi oburzona koleżanka
- Ten prostak zostawił mnie, bo inna była z nim w ciąży... Zawsze chciał
mieć dzieci - Ja nie! No i doigrał się... Z dziećmi zawsze są kłopoty!
- Och jesteś okrutna!- zgorszyłam się- gdyby to było, któreś
z moich dzieci - muszę tu nadmienić, że miałam wtedy dwóch synów: Antoniego
i Jasia oraz trzy córki: Marysię, Mariannę i Ninkę, potem urodziły się
jeszcze bliźniaki: Lulek i Kocia.- Nie wiem co bym zrobiła...
- Ale nie zginął żaden z twoich bachorów! Na razie.. - Anna zachowywała
się bardzo dziwnie, była lekko rozdrażniona i zdenerwowana...
- Ale przypuśćmy, że miałabyś dziecko i...
- Nie mam dzieci! I nie umiem postawić się na miejscu tego sfrustrowanego
wariata! Zasługiwał na nieszczęście... Zostawił mnie!...- Tu Anna przesadziła...
Najpierw dziwnie się zachowywała, a potem jeszcze powiedziała coś, czego
mogła żałować... Nasuwały się pewne podejrzenia... Ale czy możliwe, aby
moja przyjaciółka... Nie! Zapanowała krępująca cisza, która trwałaby zapewne
całe wieki, gdyby nie Anna, która wstała od stolika i powiedziała:
- Ja się idę przejść. Nie chcę abyś ze mną szła... Wolę sama!
- Aniu, czemu od jakiegoś czasu jesteś w stosunku do mnie niemiła
i gburowata?!- zadałam pytanie, ale nie dostałam odpowiedzi- Anny już nie
było... Patrzyłam w drugą stronę i nie zauważyłam, że wyszła... Ach ta
Anna - myślałam - To na pewno z powodu braku dzieci staje się coraz bardziej
ekscentryczna...
Doszłam do wniosku, że skoro jestem detektywem, mimo iż mam wakacje,
powiem kierownikowi hotelu i rozhisteryzowanemu panu Tosterowi, że zajmę
się odszukaniem ukochanej córki aktora. Nie robiłam tego tylko dla pieniędzy...
Miałam ich wtedy pod dostatkiem, a poza tym chodziło mi o zupełnie coś
innego... Już, kiedy Toster związany był z Anną łączyła mnie i jego pewna
znajomość... Wtedy jeszcze nie miałam męża i... Ale proszę nie mówić Annie!
Teraz chciałam nieco odświeżyć tę znajomość... Ot cały powód. Udałam się
więc do gabinetu dyrektora i lekko zapukałam do drzwi. Co prawda nikt nie
powiedział abym weszła, (to znaczy nikt nic nie powiedział), ale i tak
zdecydowałam się na zajrzenie do środka... Zapalone były wszystkie światła,
jakie znajdywały się w pokoju, biurko ustawione było frontem do drzwi,
a za nim, siedziała pan dyrektor, podparty łokciami o blat.
- Panie Thurman- zaczęłam po cichu- Dzień dobry..
- To się okaże, czy taki dobry- wymamrotał pan dyrektor Thurman.
- Proszę pana... Ja w sprawie...
- Była pani świadkiem?! Proszę opowiadać! Kto porwał Zofię!?-
W czasie, jak Stephen (Thurman Stephen) krzyczał, do pokoju wleciał rozdygotany
Toster.
- Moja żona już jedzie!- zauważył mnie- A witaj Klaro... Dawnośmy
się nie widzieli...- pocałował mnie w rękę.
- Ta pani była świadkiem porwania...- zaczął Stephen.
- Nie to nie tak...- tłumaczyłam się- Po prostu jestem detektywem...
I myślałam, że mogę pomóc...
- Ależ oczywiście Klaro - ucieszył się aktor
- Zaczynam od razu! Kogo podejrzewasz?!
- Annę!
- ?! Czemu?
- Nigdy nie lubiła dzieci, a zwłaszcza mojej Zosi!...- zaczął
łkać.
- Kogoś jeszcze?- chciałam bronić przyjaciółki
- Moja ex-żona... Sąd prawa rodzicielskie przyznał mnie...
- O której dotrze tu pańska żona?
- około- spojrzał na zegarek- Teraz!
- To pędzę! Czułam się w swoim żywiole...
Ex-pani Toster przyjechała pięć minut po mojej rozmowie z jej ex-mężem.
Z wielkiej, czarnej limuzyny wysiadła wysoka, tęga dama, cała ubrana na
czarno. Zawsze muszę zwracać uwagę na szczegóły i pytać o szczegóły (wymaga
tego moja praca), więc gdy zobaczyłam panią całą w czerni i jej czarny
samochód, zapytałam:
-Czemu jest pani cała na czarno i wszystko ma pani czarne?
- Jestem w żałobie... Wie pani dziecko mi zginęło...- Ona nie
była porywaczką! Była za głupia. Nie pozostawało mi nic innego, jak zaprowadzić
ją do pokoju i zająć się dalszym śledztwem...
Następnym punktem programu było przesłuchanie Anny, kolejnej oskarżonej...
- Aniu! Wiem, że tam jesteś... Otwieraj!- dobijałam się do drzwi
pokoju, Anna jednak naprawdę tam nie było, bo po kilku minutach od mojego
przyjścia pod jej drzwi, zobaczyłam ją, jak chodziła po hollu
- Anno!- zaczęłam za nią biec... Zatrzymała się, jakby nasłuchując,
czy ktoś aby na pewno ją woła... Gdy mnie zobaczyła, udawała zadowolenie...
- Cześć- powiedziała spokojnie - Co tam?
- Anka, nie czas na pogaduszki... Gdzie dziecko?!- Wiedziałam,
że to ona porwała Zosię! Nie musiałam tego rozszyfrowywać, po prostu wiedziałam...
- Jajajakie dziecko?!- wykrzyknęła wyraźnie przerażona Anna
- Jak to jakie?... Nie pamiętasz...- Porwałaś je!
- Ach to!? Tak to wiem, poczekaj, zaraz je przyniosę...
- O nie! Idę z tobą!
Poszłyśmy do jej pokoju... Cieszyłam się, że pieniądze i uznanie Tostera,
tak łatwo mi przyjdą...
- Widzisz...- powiedziała Anna, gdy byłyśmy już w środku
- To nie jest taka prosta sprawa... To dziecko jest w... W książce...
- Co??!!!!!!- zdziwiłam się
- Tak, jest w książce- zaskakiwała mnie dalej Anna.
- Pokaż!- zaczynałam jej wierzyć, bo mówiła bardzo przekonywująco.
- Chodź! - zakomenderowała koleżanka.
- Anno, a czemu ty właściwie powiedziałaś mi, że porwałaś to
dziecko? Mogłaś wziąć okup?!- Z przyzwyczajenia spytałam o okup. Wszystkie
sprawy, jakie do tej pory rozwiązywałam, wiązały się z okupem...
- Znudziło mi się już zajmowanie dzieckiem... A poza tym, ty
i tak nie powiesz, kto porwał, jak zobaczysz książkę...- Doszłyśmy do jakiegoś
ciemnego końca korytarza, weszłyśmy do pokoju, który tam się znajdował
i moim oczom ukazała się wielka, zielona, rozłożona na 120tej stronie,
książka. Gdy podeszłam bliżej ujrzałam kolorowy rysunek, przedstawiający
statek piracki. Było jednak coś dziwnego w tym obrazku - RUSZAŁ SIĘ!!!!
I statek, jak i ludziki, ruszające się na nim... Dobrze znałam się na pirackich
powieściach, ponieważ moje dzieci były wtedy na etapie czytania o morskich
korsarzach... Na łajbie dostrzegłam kapitana Hucka i dwóch innych mężczyzn,
trzymających na rękach śpiącą Zofię.
- Dajcie ją!- zakomenderowała Anna- Tylko szybko!
- Się robi!- krzyknęli obaj panowie na raz i rzucili nam śpiące
dziecko... Złapałam ją i natychmiast skierowałam swoje kroki w stronę drzwi.
Niestety na drodze stanęła mi Anna, która miała minę rozwścieczonej żaby,
którą właśnie przejechał samochód... Trochę się przestraszyłam, więc stanęłam.
Taka zła Anna mogła być niebezpieczna...
- Nie tak szybko!- krzyknęła grubym, złym głosem - Daj piracką
przysięgę, że nikomu nie powiesz, kto był porywaczem!
- Dobra!...- zgodziłam się jak najszybciej i wyszłam.
W hallu spotkałam pana Tostera, który na widok dziecka... Obudziłam
się nagle, miałam całe spocone czoło... Była godzina szósta rano, wstałam
i poszłam na śniadanie... Gdy już siedziałam, do jadalni wszedł podenerwowany
kierownik hotelu, trzymając pod rękę płaczącego pana Tostera... A Anna
jakoś dziwnie wyglądała...
Aha! Byłabym zapomniała - na śniadanie była jajecznica i biały
ser...
Materiały zamieszczone w serwisie objęte są ochroną prawa autorskiego. Kopiowanie jakichkolwiek fragmentów tekstów lub grafiki bez zgody autora zabronione. © KISIEL, Kraków 1999-2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.