Klara Bielawka 9 stycznia 2000
Anna

Było ciepłe czerwcowe popołudnie. Słońce powoli schodziło w dół, a ja siedząc wygodnie na przednim siedzeniu mojego nowego, czerwonego Cadillaka wchłaniałam w siebie promienie UV, opalając się. Mój ulubiony szofer prowadził bardzo dobrze: szybko, nie nerwowo i bardzo miękko. Na tylnym siedzeniu, gniotła się razem z mym psem Bernardynem (Ernestem) moja nieco ekscentryczna sekretarka - panna Klotylda. Ernest z zadowoloną miną zjadał kość, zaś panna Klotylda malowała sobie paznokcie.  Było spokojnie, cicho, na drodze oprócz nas nie było ani jednego samochodu, istne pustkowie... Od czasu do czasu mijaliśmy stację benzynową, czasem małe skupiska willi jednorodzinnych, a czasem nawet fabrykę papierosów. Był spokój i nic nie zdawało się go mącić, zwłaszcza, że jechaliśmy na wakacje- na zasłużone wakacje... Mieliśmy mieszkać w luksusowym pensjonacie nieopodal małej miejscowości Hoother. Mój kochany ojciec zarezerwował nam trzy ogromne apartamenty, każdy z kuchnią.  Umówiłam się z moją koleżanką, że i ona zarezerwuje sobie pokój w tymże pensjonacie. Moja koleżanka miała na imię Anna i była dość przysadzistą, niską blondynką, o dużych, piwnych oczach. Włosy zazwyczaj upinała w kok, czasami jednak nosiła rozpuszczone. Kiedyś - jeszcze w czasach gdy studiowałyśmy, miała męża, później jednak rozwiodła się z nim, bo stwierdziła, iż to była tylko młodzieńcza miłość i teraz już go nie kocha. Do dziś w mężczyznach przebiera jak w rękawiczkach, jej związki trwają góra pół roku... W przeciwieństwie do mnie nigdy nie chciała mieć dzieci, toteż nigdy ich nie miała, później jednak żałowała swojego postanowienia (ale wtedy było już za późno)...
Do wakacyjnego miejsca zamieszkania dojechaliśmy późnym wieczorem, kiedy było już całkiem ciemno. W portierni dostaliśmy klucze, a chłopiec hotelowy wskazał nam apartamenty. Mój apartament był przestronny, skromnie urządzony, ale widać było już na pierwszy rzut oka, że jest bardzo luksusowy... Anna miała pokój naprzeciwko mojego, więc gdy byłam już rozpakowana, postanowiłam do niej zajrzeć. Po cichu, tak aby nie obudzić innych letników, wydostałam się z mojego pokoju i przeszłam na drugą stronę korytarza. Delikatnie zapukałam. Usłyszałam przyjazny głos, po chwili kroki, a potem w otwartych drzwiach stanęła Anna. Była ubrana w białą, lekko prześwitującą koszulę nocną i wielkie, miękkie pantofle, zapewne zrobione z prawdziwego aksamitu. Moja przyjaciółka trochę zdziwiona z mojej tak późnej wizyty, powiedziała głosem lekko zaspanym:
 - Ach to ty... Nie wiedziałam, że przyjedziesz o tak późnej porze... Byłam raczej przekonana, że dotrzecie tu dopiero jutro. - chwila ciszy - Wejdź! Zawsze miło cię widzieć...
 - Jak ci się podoba hotel?- zaczęłam rozmowę- Czy byłaś już dzisiaj nad morzem?
 - I to, i to- odpowiedziała zwięźle Anna- Zwłaszcza podoba mi się nazwa hotelu... "Pod rekinami", to ładnie brzmi n'est a pas?
 - Tak, ładnie... ale czemu o tym mówisz?
 - Skoro o to pytasz...- lekko zmieszała się zaspana .
Nasza dalsza rozmowa opierała się tylko na głupich pytaniach i głupich odpowiedziach. Jeśli jest godzina trzecia w nocy, to rozmowy z zasady się nie kleją... Około czwartej nad ranem postanowiłam opuścić pokój przyjaciółki i udać się na wymarzoną drzemkę. Można to było nazwać drzemką, ponieważ o siódmej miałam zamiar wstać... Chciałam zdążyć na pierwszą turę śniadaniową, tak aby spotkać się z rannymi ptaszkami - panną Klotyldą i szoferem- Józefem.
Punktualnie o siódmej zadzwonił telefon. Zaspana, w słuchawce usłyszałam głośny melodyjny głos jakiejś pani:
 - Czy to pokój 102?- nie zdążyłam dać przytakującej odpowiedzi, ponieważ pani była chyba przekonana o swojej racji.- Pani zamawiała budzenie... Więc budzę...
 - Dlaczego spytała pani czy to pokój 102 i nie zaczekała pani na odpowiedź?- zdążyłam spytać, zanim kobieta odłożyła słuchawkę.
 - Bo mam tak w regułce! - powiedziała jakby z pretensją, że mogę nie wiedzieć i trzasnęła słuchawką. Dlatego iż rozmowa z panią przestrzegającą regulaminów, zajęła mi całe cenne pięć minut, musiałam jak najszybciej wymyć się i ubrać.   Na śniadanie spóźniłam się zaledwie dwie minuty, co było zaskakujące, biorąc pod uwagę, że normalnie spóźniam się około pół godziny...
W jadalni zastałam siedzących Józefa i pannę Klotyldę. Zajadali ze smakiem jajecznicę i biały ser, popijając: Józef kawą, a Klotylda sokiem pomarańczowym. Ja nie byłam głodna i nic nie jadłam, byłam za bardzo zajęta wodzeniem wzrokiem po stolikach, szukając Anny.
Wypatrzyłam ją... Siedziała w rogu sali podparta łokciem, czytając położoną przed nią książkę Była to zapewne jedna z jej ulubionych książek o piratach, bo trzeba wiedzieć, że co jak co, ale Anna uwielbiała książki o piratach... Nie zdążyłam dokładnie przyjrzeć się, co jadła, bo do sali wszedł podenerwowany kierownik ośrodka trzymając pod rękę jakiegoś płaczącego mężczyznę...  Na sali zapanowała kompletna cisza. Spowodował to kierownik gestykulując coś i krzyczący.
 - Drodzy państwo zapewne wiecie, że w naszym hotelu mamy zaszczyt gościć wspaniałego aktora Georga Tostera...- mówił zdenerwowany dyrektor- Wczoraj, gdy pan Toster był w łazience, ktoś włamał się do pokoju i porwał jego ośmioletnią córkę! Jeśli ktoś był świadkiem porwania, proszę, aby zgłosił się do mojego gabinetu, tuż po śniadaniu.. Ledwo co skończył od razu zapanował gwar, wszyscy najwyraźniej podekscytowani krzyczeli jeden przez drugiego. Tylko przy naszym stoliku panowała cisza, cisza w dosłownym znaczeniu tego słowa - nikt, nawet gadatliwa panna Klotylda, nie pisnął ani słowa. Postanowiłam pójść podzielić się swoimi emocjami z przyjaciółką. Podeszłam pomału do jej stolika i usiadłam.
 - Aniu - zaczęłam- Pewnie musi ci być smutno, byłaś kiedyś dziewczyną Tostera... A teraz on biedny rozpacza, z powodu...
 - Nie jest mi w ogóle smutno- przerwała mi oburzona koleżanka - Ten prostak zostawił mnie, bo inna była z nim w ciąży... Zawsze chciał mieć dzieci - Ja nie! No i doigrał się... Z dziećmi zawsze są kłopoty!
 - Och jesteś okrutna!- zgorszyłam się- gdyby to było, któreś z moich dzieci - muszę tu nadmienić, że miałam wtedy dwóch synów: Antoniego i Jasia oraz trzy córki: Marysię, Mariannę i Ninkę, potem urodziły się jeszcze bliźniaki: Lulek i Kocia.- Nie wiem co bym zrobiła...
 - Ale nie zginął żaden z twoich bachorów! Na razie.. - Anna zachowywała się bardzo dziwnie, była lekko rozdrażniona i zdenerwowana...
 - Ale przypuśćmy, że miałabyś dziecko i...
 - Nie mam dzieci! I nie umiem postawić się na miejscu tego sfrustrowanego wariata! Zasługiwał na nieszczęście... Zostawił mnie!...- Tu Anna przesadziła... Najpierw dziwnie się zachowywała, a potem jeszcze powiedziała coś, czego mogła żałować... Nasuwały się pewne podejrzenia... Ale czy możliwe, aby moja przyjaciółka... Nie! Zapanowała krępująca cisza, która trwałaby zapewne całe wieki, gdyby nie Anna, która wstała od stolika i powiedziała:
 - Ja się idę przejść. Nie chcę abyś ze mną szła... Wolę sama!
 - Aniu, czemu od jakiegoś czasu jesteś w stosunku do mnie niemiła i gburowata?!- zadałam pytanie, ale nie dostałam odpowiedzi- Anny już nie było... Patrzyłam w drugą stronę i nie zauważyłam, że wyszła... Ach ta Anna - myślałam - To na pewno z powodu braku dzieci staje się coraz bardziej ekscentryczna...
Doszłam do wniosku, że skoro jestem detektywem, mimo iż mam wakacje, powiem kierownikowi hotelu i rozhisteryzowanemu panu Tosterowi, że zajmę się odszukaniem ukochanej córki aktora. Nie robiłam tego tylko dla pieniędzy... Miałam ich wtedy pod dostatkiem, a poza tym chodziło mi o zupełnie coś innego... Już, kiedy Toster związany był z Anną łączyła mnie i jego pewna znajomość... Wtedy jeszcze nie miałam męża i... Ale proszę nie mówić Annie! Teraz chciałam nieco odświeżyć tę znajomość... Ot cały powód. Udałam się więc do gabinetu dyrektora i lekko zapukałam do drzwi. Co prawda nikt nie powiedział abym weszła, (to znaczy nikt nic nie powiedział), ale i tak zdecydowałam się na zajrzenie do środka... Zapalone były wszystkie światła, jakie znajdywały się w pokoju, biurko ustawione było frontem do drzwi, a za nim, siedziała pan dyrektor, podparty łokciami o blat.
 - Panie Thurman- zaczęłam po cichu- Dzień dobry..
 - To się okaże, czy taki dobry- wymamrotał pan dyrektor Thurman.
 - Proszę pana... Ja w sprawie...
 - Była pani świadkiem?! Proszę opowiadać! Kto porwał Zofię!?- W czasie, jak Stephen (Thurman Stephen) krzyczał, do pokoju wleciał rozdygotany Toster.
 - Moja żona już jedzie!- zauważył mnie- A witaj Klaro... Dawnośmy się nie widzieli...- pocałował mnie w rękę.
 - Ta pani była świadkiem porwania...- zaczął Stephen.
 - Nie to nie tak...- tłumaczyłam się- Po prostu jestem detektywem... I myślałam, że mogę pomóc...
 - Ależ oczywiście Klaro - ucieszył się aktor
 - Zaczynam od razu! Kogo podejrzewasz?!
 - Annę!
 - ?! Czemu?
 - Nigdy nie lubiła dzieci, a zwłaszcza mojej Zosi!...- zaczął łkać.
 - Kogoś jeszcze?- chciałam bronić przyjaciółki
 - Moja ex-żona... Sąd prawa rodzicielskie przyznał mnie...
 - O której dotrze tu pańska żona?
 - około- spojrzał na zegarek- Teraz!
 - To pędzę! Czułam się w swoim żywiole...
Ex-pani Toster przyjechała pięć minut po mojej rozmowie z jej ex-mężem. Z wielkiej, czarnej limuzyny wysiadła wysoka, tęga dama, cała ubrana na czarno. Zawsze muszę zwracać uwagę na szczegóły i pytać o szczegóły (wymaga tego moja praca), więc gdy zobaczyłam panią całą w czerni i jej czarny samochód, zapytałam:
 -Czemu jest pani cała na czarno i wszystko ma pani czarne?
 - Jestem w żałobie... Wie pani dziecko mi zginęło...- Ona nie była porywaczką! Była za głupia. Nie pozostawało mi nic innego, jak zaprowadzić ją do pokoju i zająć się dalszym śledztwem...
Następnym punktem programu było przesłuchanie Anny, kolejnej oskarżonej...
 - Aniu! Wiem, że tam jesteś... Otwieraj!- dobijałam się do drzwi pokoju, Anna jednak naprawdę tam nie było, bo po kilku minutach od mojego przyjścia pod jej drzwi, zobaczyłam ją, jak chodziła po hollu
 - Anno!- zaczęłam za nią biec... Zatrzymała się, jakby nasłuchując, czy ktoś aby na pewno ją woła... Gdy mnie zobaczyła, udawała zadowolenie...
 - Cześć- powiedziała spokojnie - Co tam?
 - Anka, nie czas na pogaduszki... Gdzie dziecko?!- Wiedziałam, że to ona porwała Zosię! Nie musiałam tego rozszyfrowywać, po prostu wiedziałam...
 - Jajajakie dziecko?!- wykrzyknęła wyraźnie przerażona Anna
 - Jak to jakie?... Nie pamiętasz...- Porwałaś je!
 - Ach to!? Tak to wiem, poczekaj, zaraz je przyniosę...
 - O nie! Idę z tobą!
Poszłyśmy do jej pokoju... Cieszyłam się, że pieniądze i uznanie Tostera, tak łatwo mi przyjdą...
 - Widzisz...-  powiedziała Anna, gdy byłyśmy już w środku - To nie jest taka prosta sprawa... To dziecko jest w... W książce...
 - Co??!!!!!!- zdziwiłam się
 - Tak, jest w książce- zaskakiwała mnie dalej Anna.
 - Pokaż!- zaczynałam jej wierzyć, bo mówiła bardzo przekonywująco.
 - Chodź! - zakomenderowała koleżanka.
 - Anno, a czemu ty właściwie powiedziałaś mi, że porwałaś to dziecko? Mogłaś wziąć okup?!- Z przyzwyczajenia spytałam o okup. Wszystkie sprawy, jakie do tej pory rozwiązywałam, wiązały się z okupem...
 - Znudziło mi się już zajmowanie dzieckiem... A poza tym, ty i tak nie powiesz, kto porwał, jak zobaczysz książkę...- Doszłyśmy do jakiegoś ciemnego końca korytarza, weszłyśmy do pokoju, który tam się znajdował i moim oczom ukazała się wielka, zielona, rozłożona na 120tej stronie, książka. Gdy podeszłam bliżej ujrzałam kolorowy rysunek, przedstawiający statek piracki. Było jednak coś dziwnego w tym obrazku - RUSZAŁ SIĘ!!!!  I statek, jak i ludziki, ruszające się na nim... Dobrze znałam się na pirackich powieściach, ponieważ moje dzieci były wtedy na etapie czytania o morskich korsarzach... Na łajbie dostrzegłam kapitana Hucka i dwóch innych mężczyzn, trzymających na rękach śpiącą Zofię.
 - Dajcie ją!- zakomenderowała Anna- Tylko szybko!
 - Się robi!- krzyknęli obaj panowie na raz i rzucili nam śpiące dziecko... Złapałam ją i natychmiast skierowałam swoje kroki w stronę drzwi. Niestety na drodze stanęła mi Anna, która miała minę rozwścieczonej żaby, którą właśnie przejechał samochód... Trochę się przestraszyłam, więc stanęłam. Taka zła Anna mogła być niebezpieczna...
 - Nie tak szybko!- krzyknęła grubym, złym głosem - Daj piracką przysięgę, że nikomu nie powiesz, kto był porywaczem!
 - Dobra!...- zgodziłam się jak najszybciej i wyszłam.
W hallu spotkałam pana Tostera, który na widok dziecka... Obudziłam się nagle, miałam całe spocone czoło... Była godzina szósta rano, wstałam i poszłam na śniadanie... Gdy już siedziałam, do jadalni wszedł podenerwowany kierownik hotelu, trzymając pod rękę płaczącego pana Tostera... A Anna jakoś dziwnie wyglądała...
 Aha! Byłabym zapomniała - na śniadanie była jajecznica i biały ser...

Materiały zamieszczone w serwisie objęte są ochroną prawa autorskiego. Kopiowanie jakichkolwiek fragmentów tekstów lub grafiki bez zgody autora zabronione. © KISIEL, Kraków 1999-2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.