Cisza w mojej chorej duszy. Jestem pijana i rozkojarzona,
więc odpowiada mi że on odprowadza mnie przez zaśnieżone drogi do domu. Jest bardzo zimno,
a ja myślę przez całą drogę : Aleksandrze, ty żyjesz w tej chwili.. Jesteś
w moich myślach, a ja funkcjonuję tylko dzięki wierze. Chcę Ci napisać
o mojej miłości, tej absurdalnej wierze, dzięki której jestem czysta, tak
czysta, że każde dotknięcie Szemkela... jest tylko próbą odnalezienia się
w miłości z tobą. Dzięki tym dotknięciom mija czas, ale wystarczy, że choć
trochę przekroczę granicę, natychmiast błagam cię o przebaczenie i wycofuję
się sparaliżowana.
Chcę go kochać, chcę go mieć. Mieć na własność i utopić we własnym
egoiźmie. Zawładnąć szczupłym, nerwowym, cichym, zamkniętym w sobie, zimnym
Aleksandrem. Ah, przecież to tylko mój wymysł, takie moje bajki, które
po cichutku opowiadam sobie na dobranoc. Wpadam do mieszkania z Szemkelem,
potykam się na progu i zdzieram sobie skórę na kolanie o surowe drewno...
Rana krwawi, a Szemkel przemywa mi ją wodą utlenioną. Boli mnie. I pewnie
chcę wtedy wyrzucić go za drzwi i w samotności pielęgnować wspomnienie
o genialnym umyśle, silnej duszy, aby nie skaziła je rzeczywistość. Mówię
o sobie : tchórz. Wstaję z zielonej, metalowej ławy i idę do pokoju, sąsiadującego
z kuchnią. Patrzę w lustro. Jestem przerażona, bo okazałam się starą kobietą.
Nie, nie, to znowu... Znowu pomyliłam drzwi! Oh, już mnie to zaczyna denerwować,
chyba muszę sobie zrobić na nich napisy, takie duże.*
Okazało się, że nie wyrzuciłam nikogo za drzwi i nadal siedzę na zielonej,
metalowej ławie. Cóż, nie mogłam przewidzieć, że jednak tam zostanę. Jestem
zazdrosna o samotność Aleksandra, tak, o tym myślę, gdy Szemkel całuje
mnie w chore kolano. Głaszczę go czule w czubek łysej głowy. Pióra jego
skrzydeł, akurat te najbardziej szorstkie w dotyku łaskoczą mnie, więc
odsuwam się nieznacznie... On podnosi się i kieruje w stronę kominka...
Jak to się stało, że siedzę na tej kanapie, obitej złotym materiałem w
zielone kwiaty? W dłoni trzymam plastikowy kubeczek, zbliżam go do twarzy
i wkładam do niego nos. Ah, sok z czarnych porzeczek. Upijam jeden łyk
i uśmiecham się do Szemkela, który siedzi w fotelu naprzeciwko mnie. Na
stopach ma zniszczone, stare kapcie. To chyba te, które podarowałam Aleksandrowi
na naszą dziewiątą rocznicę ślubu. A może Szemkel sam sobie takie kupił?
Kiedyś się dowiem. On nie pije porzeczkowego soku z plastikowego kubka,
tylko objada się mandarynkami, które kupiłam wczoraj na targu. Sprzedawczyni
je zachwalała... Była bardzo miła, więc wzięłam 3 kilogramy. Może niepotrzebnie,
bo nie lubię mandarynek. Szemkel podnosi się z niebieskiego fotela i gdzieś
idzie. Domyślam się, że po swoją torbę. W ogóle bardzo się zdziwiłam, że
nie zabrał jej od razu. Może nie była mu potrzebna. Tak, miałam rację.
Już siada leniwie na fotelu i kładzie na kolanach swoją czarną, skórzaną
torbę. Odpina ją energicznie i wyjmuje plik kartek. Poprawia skrzydła tak,
aby mógł oprzeć się o najbardziej miękką część fotela i odkłada torbę na
bok. Bierze długopis, białą, czystą kartkę do ręki i pisze. Rozglądam się
po całym pokoju, patrzę nawet za szafę, za tę nowoczesną szafę z lustrem,
którą nie wiadomo dlaczego ktoś kiedyś postawił przed moimi drzwiami wejściowymi.
Wzięłam ją sobie, bo ma ogromne lustro, w którym każdego ranka się przeglądam.
Czasami oczywiście zapominam. Mam też duże lustro w pokoju, którego drzwi
są tak podobne do drzwi pokoju, w którym nie ma lustra, ale go nie lubię.
Ma tandetną, różową ramę. Chciałam kiedyś ją zmienić na jakąś antyczną,
ale Aleksander się nie zgodził. Mówił, że jest do niej przywiązany, chociaż
nigdy nie widziałam go przebywającego w tamtym pokoju. Może spędzał w nim
dużo czasu, gdy ja wychodziłam na spacer lub odnosiłam jego spodnie do
pralni ekologicznej. Oh, widzę za szafą jakąś małą, włochatą łapkę! Wstaję
z kanapy i podchodzę do niej. Pochylam się i wyciągam zza bocznej ściany
zakurzonego misia. Misia Kazika. Cieszę się, bo dawno go nie widziałam.
Właściwie od czasu przeprowadzki. Podskakuję z radości jak mała dziewczynka
i pokazuje go Szemkelowi. Uśmiecha się, widzę jak porusza ustami, chce
mi coś powiedzieć. Wskazuję na kartkę papieru, aby napisał - czasami zapomina,
że nie słyszę. Aleksander pamiętał. Ja potrafiłam czytać z jego ust, zawsze
otwierał je szeroko i gestykulował bardzo dużo. Ktoś dzwoni do drzwi, bo
Pies jest już przy nich, macha ogonem. Wbiegam do kuchni i otwieram je
na oścież. Nie powinnam tak robić, bo może to być złodziej, który mnie
zwiąże i ukradnie całą imitację pereł i złotych łańcuszków, które dostałam
od Aleksandra z okazji ósmej rocznicy naszego ślubu. Melania! Oriana! Oh,
Joachimie, nie trzeba było... Anastazja! Mikołaj! Wpadają przez drzwi prosto
w moje chude ramionka i całują mnie. W moim świecie ciszy wyobrażam sobie
jak krzyczą i piszczą... Aleksander zabiera od nich kurtki i wiesza je
na zielonym wieszaku, który kupiłam kiedyś w drodze z pralni ekologicznej.
Weszłam do sklepu z akcesoriami domowymi, aby schronić się przed deszczem
i przez przypadek znalazłam wśród rzeczy przecenionych metalowy, trochę
porysowany, nieduży wieszak na ubrania. Teraz wreszcie się przyda - tyle
gości!! Jestem zawstydzona, bo mam na sobie tylko brązową spódnicę z zamszu,
czerwone getry i obcisły czarny golf. Gdym wiedziała, że przyjdą, pewnie
stroiłabym się od rana. Jaka szkoda! Mogłam ubrać tę sukienką z fioletowego
sztruksu, którą kupił mi kiedyś Aleksander. Jestem obładowana prezentami,
ślicznie zapakowanymi w różnokolorowe papiery, nawet jeden jest w samoloty
- ładny. Idę je odłożyć na kanapę, odpakuję późno w nocy, tak abym samotnie
mogła chłonąć zapach drukarskiej farby (jestem pewna, że większość z niespodzianek
to książki). Aleksander szybko zbiera ze stołu brudne naczynia i prosi,
wskazując na nieładny, drewniany blat, żebym przyniosła obrus. Gdy idę
do sypialni decyduję się w myślach, który wybrać - ten biały, trochę poplamiony
olejem w prawym rogu, czy ten świąteczny z dużym, uśmiechniętym Mikołajem
na środku i choinkami po bokach. Chyba lepszy będzie ten biały. Oh, znowu
mylę drzwi. Jestem zła, bo muszę patrzeć na tę brzydką, różową ramę, którą
nie wiadomo dlaczego Aleksander tak bardzo lubi - przecież nie spędza w
tym pokoju dużo czasu! A może przesiaduje w nim, gdy ja idę na spacer lub
oddaję jego spodnie do pralni ekologicznej.
Udaje mi się trafić do sypialni i wyjmuję ze starej, brązowej komody
obrus. Szkoda, że ma plamę... Gdy wracam do kuchni, goście już siedzą przy
stole i prowadzą ożywioną dyskusję. Tylko Aleksander z Anastazją stoją
przy wąskim blacie koło pieca, który już dawno mieliśmy zmienić, ale zabrakło
nam czasu. Siadam koło Melanii, a ona czochra mi włosy i przytula mocno.
Zamykam oczy i prawie słyszę jej ciepły głos. Ah, zapomniałam o obrusie...
Gdzie ja go zostawiłam? Rozglądam się dookoła, ale nie ma go. Zaglądam
pod stół, może wyślizgnął mi się z dłoni? Nie, tam też go nie ma. Muszę
wstać i go poszukać. O, jest. Leży na podłodze, przy progu drzwi do kuchni.
Podnoszę go i zdecydowanym ruchem okrywam drewniany stół. Aleksander odwraca
się w moją stronę i daje mi znak ręką, żebym usiadła. Tym razem Melania
już mnie nie przytula, rozmawia o czymś z Orianą. Śmieją się, widzę ich
rozpromienione twarze. Anastazja podaje szklanki, Aleksander wyciąga z
małej lodówki, obklejonej naklejkami z bananów, sok grapefruitowy i stawia
go na stole. Jest zdenerwowany, nie mamy nic, czym moglibyśmy poczęstować
gości. Gdy siada obok Anastazji obserwuję go. Ma piękne dłonie - delikatną
skórę i szczupłe palce. Porusza nimi nerwowo, stuka o brzeg stołu. Słucha
Anastazji, która opowiada mu coś z ożywieniem, cały czas poprawiając swoje
lśniące, długie, czarne włosy. Aleksander uśmiecha się, ale nie patrzy
na mnie. Jego półprzymknięte powieki zdradzają zmęczenie. Jest spięty,
na szyi i czole zarysowują się zielonkawe żyły. Nalewam sobie soku grapefruitowego
do czystej szklanki i odchodzę od stołu. Czuję się niepotrzebna. Znowu
sfrustrowana... Potykam się o rzucone w nieładzie granatowe lakierki i
wylewam sok na bogato zdobiony dywan, na którym Aleksander uwielbia leżeć.
Ja też na nim lubię leżeć, ale nie robię tego tak często. Nie pamiętam
gdzie go kupiliśmy, to było chyba dawno. Nie odwracam się, nie chcę widzieć
ich reakcji na moją nieporadność. Kładę szklankę przy drzwiach do salonu,
wchodzę do środka i osuwam się na kanapę, tę w zielone kwiaty. Kładę głowę
na jasno-zieloną poduszeczkę, moje włosy rozsypują się na kanapę. Kładę
ręce między nogi, w miejsce gdzie jest najcieplej. Kulę się i chyba zasypiam.
Jem czereśnie w pięknym sadzie, siedzę na zielonej, pachnącej
trawie i oglądam drzewa, tak cudownie obojętne! Moje sandałki przemokły,
ale to nic, położę je dzisiaj wieczorem na kaloryfer. Wkładam na głowę
słomkowy kapelusz, który dostałam od... oh, od kogo dostałam ten słomkowy
kapelusz? Kryję się w jego cieniu przed zdradliwymi promieniami słońca.
Jest bardzo ładny, myślę, że jest mi w nim do twarzy.
Podnoszę głowę z poduszki i otwieram oczy. Bordowy sufit i żyrandol,
który powiesiłam, gdy umarła moja prababcia. Bardzo lubię patrzeć na kryształki,
które migoczą w świetle żarówki. Podpieram się prawą rękę i siadam na kanapie,
opierając się plecami o podziurawione oparcie. Już dawno miałam zaszyć
te dziury, z których wystają białe kłębki puchu, ale jakoś o tym zapomniałam.
Oh, Szemkel, ty nadal piszesz. Podejdę do Ciebie zaraz i spojrzę
ci prosto w oczy. Albo nie - najpierw pogłaskam cię w najbardziej miękkie
miejsce na twych skrzydłach i ciepłą ręką dotknę twojego prawego policzka.
Oderwiesz wzrok znad kartki i przytulisz mnie mocno do siebie. Wstaję z
kanapy, poprawiam białą spódnicę, która przekręciła się, gdy leżałam i
okrążając stół podchodzę do Ciebie Szemkelu. Chodzę na palcach. Głaszczę
twoje lewe skrzydło i ciepłą dłonią dotykam policzka. Podnosisz wzrok znad
tekstu i uśmiechasz się. Siadam ci na kolanach, przytulasz mnie. Obejmujesz
obiema rękami, a kciukiem prawej dłoni dotykasz mojej dolnej wargi. Patrzę
gdzieś przed siebie, nie chcę abyś mnie kiedykolwiek wypuścił, bo będę
musiała wrócić do moich gości... Oh, zupełnie o nich zapomniałam! Może
już wyszli? Chcę Szemkelu żebyś ty również wyszedł. Zostaw mnie samą z
Aleksandrem, nie dokończyliśmy malować tego pokoju, który nie ma drzwi.
Chciałam, aby był błękitny, Aleksander wolał raczej granat. Muszę jeszcze
kupić nowe pędzle, bo kiedy ostatnio malowaliśmy, nie umyłam ich
i zaschły.
Podnoszę się z kolan Szemkela i wbiegam do kuchni. Goście już wyszli.
Zabrali ze sobą prezenty, które mi przynieśli... A tak bardzo chciałam
odpakować je dzisiaj w nocy! Patrzę na zielony, metalowy wieszak - jest
pusty. W drzwiach kuchennych pojawia się Szemkel. Patrzę na niego
- pewnie jest pięknym człowiekiem. Aleksandrze, pozwól mi go dokładnie
obejrzeć! Ale może masz rację, że to... Szemkel wyjmuje z szafy swój czarny
, długi płaszcz i nakłada go delikatnie - tak, aby nie uszkodzić skrzydeł.
Odsuwam się krok w tył, chowam ręce gdzieś w górnych falbanach spódnicy,
spuszczam głowę tak, że włosy opadają mi na twarz. Nie chcę patrzeć jak
wychodzi, bo może następnym razem nie trafi. Dzisiaj było dużo śniegu,
alejki wokół wszystkich bloków były takie same - białe i milczące. Nie
widziałam jak zawiązywał sznurówki w butach, ani jak zakładał na ramię
czarną, skórzaną torbę. Spojrzałam na drzwi dopiero wtedy, gdy nie czułam
jego obecności w kuchni. Zostawił mnie - niewinną i nieporadną. Głuchą
i niemą. Otuloną czystym światem iluzji. Pewnie płakałabym, gdyby nie to,
że jest mi przeraźliwie zimno. Podchodzę do kaloryfera przy małej
lodówce i ściągając już suche sandałki, kładę na nim rękę. Jest zupełnie
zimny.
Odwracam głowę i widzę Aleksandra wchodzącego do kuchni. Podbiegam
do niego i chcę dotknąć jego czarnych, szorstkich włosów. Nie pozwala mi,
patrzy na mnie ze złością. Zaczyna krzyczeć, ja tylko mogę zmarszczyć delikatnie
brwi, dotknąć jego ramienia... Stoję w kącie, obok czerwonej miotły, kupionej
w tanim sklepie z akcesoriami domowymi. Była wiosenna przecena, ona miała
dodatkowo na końcu kija trzy różowe wstążki, które wydały mi się na tyle
interesujące, że postanowiłam ją kupić. Przy mojej prawej ręce stoi odkurzacz,
który jest bardzo rzadko używany - chyba, że Aleksander zaprasza kolegów.
Wtedy odkurzam ten bogato zdobiony dywan w salonie, a oni leżą na nim godzinami,
dyskutując o swoich wierszach. Lubię ich obserwować, lecz zawsze muszę
chować się w tym pokoju z tandetną, różową ramą od lustra, aby mnie nie
widzieli. Przynoszę sobie malutkie krzesełko z sypialni i stawiam je tuż
przy ścianie. Później wdrapuję się na nie i patrzę przez szybę okienka,
które łączy zupełnie przedziwnie salon z tym właśnie pokojem.
Aleksander rozbija szklankę, potem drugą. Krzyczy. Spuszczam głowę
i patrzę na moje, pomalowane na perłowo paznokcie, takie malutkie w porównaniu
z paznokciami Aleksandra! Perłowy lakier dostałam na urodziny od Anastazji,
dodała do niego jeszcze pilnik, ale nigdy go nie używam. Gdy podnoszę głowę,
Aleksander nadal krzyczy, gwałtownie wymachuje rękami i chodzi od drzwi
do małej lodówki. Zrywa z niej naklejki od bananów. Staram się nie patrzeć
mu w twarz, nie chcę widzieć oskarżenia w jego oczach. Odwracam się i biorę
do ręki czerwoną miotłę. Zamiatam szkło, które rozpanoszyło się po całej
kuchni. Aleksander nieruchomieje i wiem, że mnie obserwuje. Zamiotłam
wszystkie odłamki w jedno miejsce i nie podnosząc głowy odstawiam miotłę
w róg kuchni. Mam brudną spódnicę, dziwnie czerwoną. Nie wiem jak to się
stało, może gdy jadłam czereśnie kilka kropel kwaśnego soku spadło na białe
falbany. A może jedząc śniadanie wylał mi się ketchup lub pomidor spadł
z kanapki.
Idę wolnym krokiem do salonu, nie oglądam się za siebie. Czuję, jak
Aleksander odprowadza mnie wzrokiem do drzwi. Potykam się na progu, ale
udaje mi się złapać równowagę. Siadam na kanapie, w samym środku największego
z zielonych kwiatów i patrzę w pomarańczowo-żółty ogień, który tli się
w kominku. Podpieram się rękami tak, że plecy mam zgarbione, choć jestem
lekko pochylona do przodu. Czubkami palców dotykam podłogi. Miś Kazik leży
tam, gdzie go położyłam. Jest cały zakurzony, więc go nie dotykam. W pokoju
jest ciemno, zapomniałam zapalić światła. Ale jest mi tak dobrze, otulam
się ciepłym kocem wspomnień o Aleksandrze i mruczę cicho - tak, aby nikt
nie usłyszał. Przechylam się rytmicznie w przód i w tył. Zamykam oczy,
mój oddech powolnieje. Liczę w myślach do dwudziestu. Aleksandrze, gdzie
jesteś? Obiecałeś, że zagramy dzisiaj w szachy. Lubię moment, w którym
wahasz się, którą z figur ruszyć, twoja ręka nieruchomieje nad szachownicą,
wydymasz dolną wargę i marszczysz czoło. Gdy wygrywam nigdy mi nie gratulujesz,
zawsze odchodzisz, nawet na mnie nie patrząc. Popychasz fotel i szurając
pantoflami kierujesz się w stronę kuchni, aby nalać sobie jeszcze whisky.
Gdy wychodzę do pralni ekologicznej mijam najczęściej Anastazję, kroczącą
dumnie wśród niemych drzew. Nigdy nie mówimy sobie cześć, ja zawsze jak
najszybciej przebiegam obok niej. Tylko, żeby mnie nie zobaczyła... Później
na chwilę przystaję, zdyszana i gdy odwracam głowę w jej stronę, widzę
przez oszklone ściany bloku, jak znika w drzwiach naszego mieszkania. Nigdy
mi nie opowiadałeś, co robicie, gdy jesteście sami.
Nie zwracasz na mnie uwagi, gdy wracam przemarznięta z pralni. Siedzisz
w fotelu i coś piszesz na kartkach w kratkę, tych, które kupiliśmy w sklepie
papierniczym na rogu naszej ulicy kilka dni temu. Chcę do ciebie podejść
i zwrócić na siebie uwagę, głaszcząc cię zimnymi dłońmi. O tym myślę, gdy
rozwiązuję sznurowadła brązowych, skórzanych butów, które znalazłam niedawno
przez przypadek na naszym strychu. Są zniszczone, ale nie przemakają, więc
mogę w nich chodzić po zaśnieżonych alejkach. Ściągam przemoknięty płaszcz,
muszę go powiesić na kaloryferze... Jak to się stało, że leżę w twoich
ramionach Aleksandrze i czuję twój ciepły oddech? Przygniatasz mnie swoją
lewą ręką. Skulona, chowam się w tobie, nie chcę żebyś kazał mi się odsunąć.
Moje oczy są cały czas szeroko otwarte, oglądam ściany naszej sypialni,
które mieliśmy pomalować. Chciałeś nawet oprawić kilka moich rysunków i
je powiesić, ale się nie zgodziłam. Wolę, gdy leżą głęboko zakopane w biurku.
W lewym rogu sufitu widzę coś dużego, czarnego... Staram się odwrócić wzrok,
ale mi się nie udaje. Wbijam się paznokciami w skórę twoich rąk i przełykam
głośno ślinę. Widzę, jak zbliża się do mnie. Zaczynam się pocić i coraz
mocniej przywieram do twojego ciała. Boję się. Że zabierze mi ciebie i
każe radzić sobie samotnie z kalectwem, lub schowa mnie do górnej szuflady
biurka i zamknie na klucz. Jestem cała lepka. Przerażona. Podnosisz głowę
z poduszki i patrzysz na mnie. Chowam głowę w twoje ramiona, oddycham bardzo
szybko. Całujesz mnie delikatnie w czoło i gładzisz ręką mokre od potu
włosy. Podnosisz lewą rękę i kładziesz ją na moich plecach. Czuję, jak
piszesz coś na nich palcem. Zamykam oczy. K...O...C...H...A...M...C...I...Ę....
Ja ciebie też, Aleksandrze. Nie czuję się bezpiecznie. Jest mi na przemian
zimno i gorąco. Nie chcę cię niepokoić, więc staram się zasnąć.
Przynosisz koc i dajesz mi znak dłonią, abym się przesunęła. Rozkładasz
go na mokrej trawie i kładziesz się na nim. Łapiesz mnie za rękę i przyciągasz
do siebie. Leżysz na plecach, wystawiasz twarz do słońca. Podnosisz rękę
do góry i wskazujesz palcem unoszącego się nad nami białego ptaka. Jest
dość duży, jego rozpostarte skrzydła zataczają szerokie łuki. Pióra połyskują
w promieniach słońca. Obserwuję jego lot zafascynowana, szybuje nad naszymi
głowami... Proszę Cię, bazgrając szybko słowa na kartce, abyś mi opowiedział,
jakie dźwięki wydaje. Kręcisz głową na znak odmowy, pewnie nie potrafisz.
Otwieram oczy, ciepłe światło wpadające do sypialni przez wielkie okno,
oślepia mnie. Mrużę powieki i odwracam na drugi bok. Aleksandra już nie
ma, pewnie wyszedł na spotkanie. Nic mi nie mówił, więc jestem zdenerwowana.
Odrzucam na bok fioletową kołdrę w żółte gwiazdy. Dostałam ją od Aleksandra,
gdy zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę. Wtedy bardzo mi się podobała,
ale teraz kolory wyblakły i nie jest już taka ładna. Nigdy nie ścielę łóżka,
zawsze robi to Aleksander. Mam nadzieję, że nie zapomni, bo nie lubię bałaganu.
Drzwi są zamknięte, naciskam klamkę i otwieram je na całą szerokość. Chcę
zobaczyć jak wyglądam dzisiaj rano, więc idę do pokoju z lustrem o tandetnej,
różowej ramie. Znowu widzę jakąś starą kobietę. Ma zniszczone, lekko siwe
włosy i zmarszczki wokół zielonych oczu. Zawsze wolałam to lustro w salonie.
Gdy zjem i posprzątam za sobą, pójdę tam się oglądnąć. Mam nadzieję, że
nie ma żadnych gości w kuchni, bo mam na sobie tylko czarną, prześwitującą
i wyjątkową kusą koszulkę nocną. Zawsze w niej śpię, ale nie z sentymentu.
Nie dostałam jej w prezencie od żadnej wyjątkowej osoby - kupiłam ją w
sklepiku koło pralni ekologicznej. Była niedziela, ale ja o tym zapomniałam
i poszłam odebrać spodnie Aleksandra. Pralnia jest zawsze zamknięta w niedzielę,
ale mały sklepik okazał się być otwarty. Poszperałam w stercie rzeczy przecenionych
i na samym dnie znalazłam tę właśnie koszulkę. Była tania, więc ją kupiłam,
choć wcale mi się nie podobała. Pomyślałam, że może spodobam się w niej
Aleksandrowi.
Drzwi do kuchni są otwarte na oścież. Wchodzę na palcach, uważając,
aby nie potknąć się w progu i już bardziej zdecydowanym krokiem idę w stronę
blatu kuchennego. Wyjmuję chleb, masło i ser żółty. Jestem całkiem sama,
więc mogę zjeść tyle kanapek ile mi się podoba. Kroję tępym nożem nieświeży
chleb. Aleksandrze, pozwól mi poznać Szemkela takim, jakim jest naprawdę.
Chwile, w których pielęgnuję wspomnienie o naszej miłości, są zbyt długie,
zbyt monotonne. Wyciągam z szafki twój ulubiony talerz zdobiony we wszelkiego
rodzaju figury geometryczne i kładę na nim cztery kanapki. Nożem rozsmarowuję
na każdej z nich masło, a teraz kładę na nie żółty ser. Myślę, że lepsze
byłyby z ketchupem, ale nie chcę poplamić sobie koszulki. Biorę talerz
do rąk i siadam na brzegu zielonej, metalowej ławy. Jest zimna, więc przez
chwilę czuję się nieprzyjemnie. Spoglądam na kaloryfer, na którym powinien
wisieć mój płaszcz, ale go tam nie ma. Odwracam głowę w nadziei, że wisi
na wieszaku. Tak, powiesiłeś go, dziękuję. Jeżeli wysechł, ubiorę go dzisiaj,
gdy będę wychodziła na spacer. Biorę pierwszą kanapkę do rąk i zaczynam
zjadać ją małymi gryzami. Jest sucha, niesmaczna. Odkładam ją na talerz
i postanawiam już więcej nie jeść. Nie czuję się głodna. Chowam kanapki
do lodówki, a talerz wkładam do zlewu.
Wstaję od stołu, przesuwając zieloną ławę i idę do salonu, aby się
przeglądnąć w lustrze. Okna są jeszcze zasłonięte błękitnymi kotarami,
które dostaliśmy w prezencie ślubnym, więc w pokoju panuje półmrok. Jest
ciepło, w powietrzu czuć jeszcze zapach drewna z niedawno zgaszonego kominka.
Zapalam światło włącznikiem przy drzwiach i staję przy szafie. Patrzę na
swoją twarz, zmęczoną i nie uśmiechniętą. To dziwne, bo nie jestem niewyspana
ani smutna. Dotykam palcem wskazującym mojego czoła, nosa, ust i brody.
Tym samym palcem drugiej ręki dotykam delikatnie moich powiek. Mam zmarszczki
wokół oczu. Nie poznaję się. Całą dłonią przykrywam starą szyję, już nie
smukłą. A jeszcze wczoraj była... Patrzę na moje włosy - postrzępione,
matowe. Ściągam koszulkę, spada na moje stopy. Oglądam moje piersi - pomarszczone
i brzydkie. Ramiona są przeraźliwie chude, a skóra na nich szorstka...
Jak bardzo się zmieniłam! Pewnie gdybym minęła na ulicy kobietę, którą
teraz oglądam w lustrze, nie poznałabym, że to ja. Stara. Aleksandrze,
czy kochasz mnie nadal taką, jaka jestem? Czy nie przerażają cię moje zmarszczki
pod oczami i siwe włosy? Ah, ciekawe jak ty wyglądasz. Czy od wczoraj się
zmieniłeś.
Odchodzę od szafy, jestem zupełnie naga. Siadam na złotej kanapie,
chcę oswoić się z moim nowym ciałem. Oglądam się i dotykam. Łzy napływają
mi do oczu, wycieram je rogiem poduszki, leżącej obok mnie. Teraz przesuwam
się do tyłu i podciągam zgięte nogi na kanapę. Chowam stopy w dłoniach,
spod palców wystają paznokcie pomalowane na perłowo. Pierścionek, który
zamówiłam sobie z katalogu kilka tygodni temu, rani mnie w prawą stopę.
Nie wiedziałam, że jest tak ostro zakończony. Maleńka ranka krwawi, tamuję
krew kciukiem, nawet mnie nie boli. Patrzę do góry, kryształki żyrandola
migocą. Kręci mi się w głowie. Wstaję, aby wziąć z szuflady w biurku jakiś
lek. Wyciągam ręce do góry, ziewam. Podchodzę do wielkiego biurka, przy
którym Aleksander pisze wiersze i artykuły do swojej Gazety Niedzielnej,
a ja ozdabiam listy do Melanii lub Joachima, napisane wcześniej na łóżku
w sypialni lub przy stole kuchennym. Biurko znaleźliśmy na targu, który
co sobotę jest u wylotu ulicy, na której znajduje się pralnia ekologiczna
- mamy niedaleko.
Z górnej szuflady po prawej stronie wyjmuję białą tabletkę. Aleksander
mówi, że pomaga na wszystko. Wkładam ją do buzi i popijam wodą z butelki,
która zawsze stoi na biurku po lewej stronie, przy pojemniku na przybory
takie jak nożyczki, pisaki, kredki. Podchodzę wolnym krokiem do szafy,
zamykam oczy, aby nie patrzeć w lustro. Chyba będę musiała je wyrzucić.
To różowe, tandetne też. Otwierając oczy, zdejmuję z wieszaka niebieską,
lnianą sukienkę do ziemi i szybko nakładam ją na siebie. Ma długie, zakończone
koronką rękawy i cienki sznurek, który zawiązuję sobie wokół pasa. Na nogi
nakładam pomarańczowo-żółte rajstopy, a na nie grube, ciepłe skarpety.
Zamykam drzwi szafy i odwracam szybko głowę. Z oparcia fotela ściągam czerwony
pled i zarzucam go sobie na ramiona. Postanawiam wyjść na spacer, gaszę
światło w salonie i zamykam drzwi. Aby nie zapomnieć, wchodzę do pokoju
z małym okienkiem i przystawiając krzesełko do przeciwległej ściany zdejmuję
tandetne, różowe lustro ze ściany. Stawiam je przy ścianie i zakrywam żółtym
ręcznikiem, który leżał na podłodze. Wychodząc z pokoju myślę, że może
lepiej by było, gdybym je rozbiła, ale Aleksander mógłby się zdenerwować.
Ma dla niego pewną wartość.
Wychodzę z pokoju, w którym już nie ma lustra powieszonego na ścianie
i wbiegam do kuchni. Szybko wyjmuję brązowe skórzane buty z półki koło
drzwi i wkładam je na nogi, zawiązując niedbale sznurówki. Ubieram suchy
płaszcz, na głowę nakładam błękitne, futrzaste nauszniki i wybiegam z mieszkania,
nie zamykając drzwi. Schodek po schodku zbiegam na dół. Dlaczego się tak
spieszę? Oh, obiecałam Aleksandrowi, że będę o dwunastej czekać na niego
przy koszach na śmieci, na alejkach. Wychodzę na zewnątrz i patrzę czy
ktoś tam jest. Nikogo nie ma, więc mogę wrócić i zamknąć drzwi. Wkładam
rękę do kieszeni i sprawdzam, czy mam klucze... Są. Wbiegam szybko na górę,
zamykam drzwi największym z kluczy i schodzę, już nie spiesząc się, na
dół. Przechodząc przez ulicę, mijam Anastazję. Nie zauważa mnie, choć przez
przypadek potrąciłam ją prawym ramieniem. Ma spuszczoną głowę, a oczy przykryte
ciemnymi okularami, chociaż nie świeci słońce. Wbijam ręce głęboko w kieszenie,
a głowę chowam w kołnierz płaszcza. Odwracam się dopiero, gdy jestem w
bezpiecznej odległości od Anastazji. Przez oszklone ściany budynku, w którym
mieszkamy, widzę jak znika w drzwiach naszego mieszkania. Staram się nie
myśleć, dlaczego tam poszła.
Gdy podchodzę do kontenerów już tam jesteś. Stoisz tyłem, widzę twoje
białe, nieco przybrudzone skrzydła. Płaszcz, w którym chyba wyciąłeś dziury
na nie, opada swobodnie na brudny śnieg, udeptany przez mieszkańców osiedla.
Twoja łysa głowa połyskuje, stoisz nieruchomo. Trzymasz ręce w kieszeniach,
pewnie nie masz rękawiczek... Zbliżam się ciebie pomału, chcę ci zrobić
niespodziankę. Gdy jestem już całkiem blisko, wyciągam dłonie z kieszeni
i zakrywam nimi twoje oczy. Odwracasz się gwałtownie, zahaczając skrzydłami
o moją głowę. Patrzysz mi prosto w oczy, uśmiechasz się. Chowasz moją twarz
w swoich dłoniach. Jest mi tak ciepło i dobrze! Aleksandrze, tulę wspomnienia
o tobie co wieczór, gdy zasypiam.
Bierze mnie za rękę i idziemy w kierunku pralni ekologicznej. Rozglądam
się wokół i podziwiam nagie gałęzie drzew. Pragnę dotknąć kory tego wielkiego
dębu, którego właśnie mijamy. Puszczam rękę Szemkela i podbiegam do wielkiego
drzewa. Obiema rękami obejmuję grubą, szorstką korę i przytulam do niej
lewy policzek. Zamykam oczy.
* Cytat ze zbioru opowiadań Sylvii Plath "Pośród trzmieli" (Wyimki z
dzienników; Notatki z Cambridge, luty 1956)
Materiały zamieszczone w serwisie objęte są ochroną prawa autorskiego. Kopiowanie jakichkolwiek fragmentów tekstów lub grafiki bez zgody autora zabronione. © KISIEL, Kraków 1999-2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.