M.B. 9 maja 2001
Big Brother - test dla ludzkiej psychiki
czy patologia społeczna?


"Homo sum et nihil humani a me alienum esse puto"

Powyższa sentencja to wynik rozważań rzymskiego komediopisarza żyjącego w II w. p.n.e., około 17 wieków później maksyma ta spodobała się ludziom renesansu. Najbardziej przypadło do gustu Leonardowi da Vinci, który wszystkim co robił potwierdzał to mądre zdanie. Ale czy rzeczywiście w pełni?
Hasło to oznacza, że wszystkie zachowanie normalne i te z pozoru nienormalne da się w jakiś sposób wytłumaczyć, uargumentować, próbować przedstawić jako naturalne dla autora (interpretacja własna - przyp. autora).
Da Vinci przeprowadzał doświadczenia z zakresu prawie wszystkich dziedzin życia i wiedzy, ale pominął w swych "testach" ludzką psychikę. Człowiek przełomu wieków XX/XXI poszedł o krok dalej potwierdzając tym samym swoje fascynacja wszystkim co ekstremalne i kontrowersyjne. Mając możliwość korzystania z najnowszych technik, radia i telewizji wymyśla program telewizyjny, który ma za zadanie sprawdzić ludzką odporność psychiczną, zabawić telewidza i przy okazji zapewnić korzyści materialne uczestnikom zabawy.
Big Brother to swego rodzaju psychozabawa. Na określony czas garstkę ludzi odizolowuje się w specjalnie dla nich przygotowanym domu. Cała atrakcyjność programu polega na tym, że uczestników zabawy podgląda się (za ich wczęśnijszą zgodą) w każdej sytuacji - pod prysznicem, przy śniadaniu, podczas snu czy w toalecie. Oczywiście można go oglądać 24h na dobę. W określonych godzinach emitowane są "najciekawsze" momenty z minionego dnia - te, które pokazują bohaterów w najbardziej intymnych sytuacjach. Popularnością cieszą się też wątki miłosne, dyskusje, załamania...
Nie mogę zrozumieć dlateczego interesujące jest oglądanie jak jedna z bohaterek przez 15 minut depiluje nogi czy też słuchanie rozmowy o problemach w życiu codziennym z jakimi borykają się bohaterowie. Ta ostatnia sugeruje zapytanie co gryzie osoby z naszego otoczenia, a nie bierne napawanie się czyimiś problemami. Czy nie mamy własnych zmartwień? A może oglądanie cudzych daje nam nadzieje, że może ktoś ma ich więcej?
Na podstawie danych statystycznych, które imformują o ogromnej oglądalności Big Brothera czy też patrząc na znikające ze sklepowych półek egzemparze czasopisma dotyczącego programu można wyciągnąć wniosek, że już niedługo stanie on w walce z Coca Colą, McDonalds i telefonem komórkowych do miana symbolu polskiej kultury masowej.
Mam wrażenie, że jest to kolejna, wynikająca z naszych narodowych kompleksów, próba "dobicia" Polaków do poziomu zachodnich sąsiadów. Wydaje mi się, że tak naprawdę jest to nienaturalny dla nas "twór". Bardzo szybko na przód wrbanizacja, technika, komunikacja, przemysł związany z miediami... ale do wszystkiego trzeba doruść.
Mentalność ludzka nie zmienia się tak szybko. Mimo wszystko Polska jest krajem ludzi konserwatywnych, odpornych na niektóre twory cywilizacji zachodnich (ma to zapewne związek z naszą ciągle głęboką świadomością religiną). Czemu więc Big Brother bije rekordy popularności w konseratywnej Polsce?
Może po prostu podoba się nam nazwa - Wielki Brat. Uruchamia się tutaj lawina skojarzeń. Jedno z nich to socjalistyczny moloch, od którego tak długo byliśmy uzależnieni, ciągle kontrolowani, za każdą nisubordynację wobec Wielkiego Brata karani brakiem składników na obiad. Nie mogłam się powstrzymać od przedstawienia tej analogii mimo, iż można zarzucić, że jest mocno naciągana. A może podoba się nam zabawa w bogów, którzy za pomoca teledonu decydują o "być albo nie być" bohaterów...
Ktoś mający odmienne poglądy mógły powiedzieć, że brak poczucia humoru to też narodowa cecha Polaków - do tego tematu podejść w sposób odmienny. Można Big Brother potraktować jako zabawę dla ludzi otwartych, a jego bohaterów jako pragnących życiowego dościadczenia czy też amatorów sportów ekstremalnych chcących zarobić trochę pieniędzy. Nic jednak nie usprawiedliwia obecnego w tym programie żerowania na ludzkiej psychice.
Argumenty "za" i "przeciw" można przedstawiać w nieskończoność. Dla mniej Big Brother to patologia. Zastanawiam jak dlaeko jeszcze posunie się człowiek z takim narzędziem jak mass-media, które wbrem temu, co mówią billboardy, mają na nas monopol.

P.S. Zdaję sobie sprawę, że może to być odebrane jako demonizowanie i wyolbrzymianie tematu. No cóż - ryzyko zawodowe. Przepraszam jeśli czyjeś uczucia zostały urażone.

Materiały zamieszczone w serwisie objęte są ochroną prawa autorskiego. Kopiowanie jakichkolwiek fragmentów tekstów lub grafiki bez zgody autora zabronione. © KISIEL, Kraków 1999-2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.