Jan Dobrzański 31 października 1999
Łapsze Niżne '99

Na początku ks. Tomasz kazał wsiąść do autokarów. Autokary zaś były bezładem i pustkowiem: ciemność i smród w środku panowały. Wtedy ks. Tomasz rzekł: "Niech każda klasa wsiada do jednego autokaru, 1A do pierwszego, 1B do drugiego itd." A widząc, że idzie to nieudolnie spowodował starszych do zwiększenia tempa przerobu. A widząc, że starsi są brutalni oddzielił ich od młodszych. I nazwał ksiądz starszych animatorami, a młodszych kochanymi. Tak upłynął załadunek do autokarów.
Po przyjeździe do Łapsz ks. Tomasz rzekł: "Niechaj wszyscy ludzie zebrani w autokarach udadzą się do ośrodka rekolekcyjnego!" A widząc, że miejsc nie starcza, wybrał grupkę odważnych mężów, którzy żyć mieli w starych, zgrzybiałych barakach. I widział ks. Tomasz, że było to okrutne.
Po wstępnym rozpakowaniu czas nastąpił na spotkanie organizacyjne. I widział ks. Tomasz, że zasady panujące w Łapszach były bardzo rygorystyczne. Rozkazał potem ks. Tomasz wznosić modły do Boga o późnej bardzo godzinie i po wyjątkowo skąpej kolacji, z Bogiem już zaczętej i skończonej zresztą. Stać się to miało zwyczajem każdego posiłku, jakich w dnia czasie być trz ymiały. Tak upłynął dzień i wieczór pierwszy.
Rozpoczęto dzień drugi pobudką i rozgrzewką, którą prowadzić miał sam Sebastian - wierny ks. Tomaszowi animator. Rozgrzewka była nieprzyjemna, aczkolwiek znośna. A Sebek widząc, że zmęczył kochanych, cieszył się i radował razem z ks. Tomaszem. Potem przyszedł czas na modlitwę poranną, by dzień z Bogiem rozpocząć. Następnym, ważnym dnia punktem śniadanie było, które niespodziewanie równie skąpe jak kolacja się okazało. I widział ks. Tomasz, że kochani są nienasyceni. Przyszedł wtedy czas na rozważania etyczno-moralne z animatorami, po czym odbyły się śpiewu i liturgii lekcje, zwieńczone mszą południową. I wtedy ks. Tomasz oznajmił porę obiadową. Duchowo pożywieni ucieszyli się kochani bardzo, lecz znów ich żołądki kuchnia rozczarowała. I widział ks. Tomasz, że kochani głodują.
A nastąpił wtedy czas wolny, a że kochani trawili i mieli go zbyt wiele na odpoczynek, rozkazał ks. Tomasz spotkanie z wychowawcami. A widział ks. Tomasz, że nikomu się nie chciało. Po tym urządził On spotkanie integracyjne. I wiedział ks. Tomasz, że wszyscy się nudzili. Po zajęciach, na celu mających zbliżenie powszechne, nadszedł czas kolacji. Skromna była ona, lecz już część ludzi zdołała się przyzwyczaić, a widząc to ks. Tomasz cieszył swe serce, że zaczyna fizycznie i psychicznie
łamać kochanych, którzy stać się mieli w zamierzeniu ks. Tomasza materiałem eksperymentów wytrzymałościowo - kondycyjnych. Stało się, iż po kolacji nastąpił czas na pogodny wieczorek - artystyczną zabawę śpiewaną połączona z występami folkloru kabaretu polskiego. I upłynęła godzina błogiego śmiechu, zabawy i relaksu. A widząc powszechną radość ks. Tomasz kazał udać się do wieczernika na modlitwę wieczorną. I po tym upojnym zakończeniu dnia dane było ludziom 45 min. na toaletę ogólną. W złej sytuacji znajdowali się szczególnie mieszkańcy części starej domu rekolekcyjnego, zwanego przez wszystkich, ze względu na warunki i funkcję gospodarczą stodołą.  A widząc, że nie wszyscy zdążyli z myciem, kazał ks.
Tomasz cieleśnie niewiernych ukarać. Pompki pod okiem animatorów mieć robili, lecz mężowie wybrani do mieszkania w stodole twardzi byli i znakiem ich firmowym było częste pompek robienie, a wsławili się w tym szczególnie garażu mieszkańcy, którzy nocy ostatniej biec musieli dwa kilometry, pompek sto trzydzieści robić, przysiadów sześćdziesiąt dziewięć oraz stać na
baczność minut siedemnaście po pobudce o drugiej rano godzinie. Jest to jednak epizodyczne wydarzenie i nie może ono zajmować części znacznej, choć wiedząc o tym wszystkim ks. Tomasz zacierał ręce z radości. Tak upłynął dzień standardowy, który w zamierzeniu miał być przykładem dla dni następnych. Lecz ks. Tomasz wiedział, że tak nie będzie.
Dnia pewnego, kiedy nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić, zostało oznajmione, iż wybrać się nad zalew czorsztyński musimy, a droga spod ośrodka wynosiła 13 km. Jedynie ks. Tomasz, mający do dyspozycji w odwodzie autobus, nie zadawał się smutny. Po pasjonującym marszu, z wielkim sercem i nieznaną nikomu na ziemi ochotą odbytym, pora przyszła na zapory oglądanie i pobliskiego zamku zwiedzanie. Uprzednio jednak posilić się wypadało, choć czasu przeznaczonego na to wiele nie było. A wiedząc, że głodni kochani są łatwiejsi do złamania, uśmiechał się ks. Tomasz, nie wiedząc jeszcze z jakim twardym rocznikiem ma do czynienia. Po zakończeniu czynności wszystkich na wyprawę tą przewidzianych, rozkazał ks. Tomasz powrót autokarami, co było niewysłowionym darem łaski, na tyle niezwykłym, iż nawet animatorów rozradował.
Dnia innego przygotował ks. Tomasz wyprawę iście morderczą - wycieczkę na Trzy Korony. Po odprawieniu mszy przed przystąpieniem do marszu, co wzbudzało wielkie zainteresowanie z turystów strony, udaliśmy się wzwyż szlakiem czerwonym, który choć przewidziany na 1h 45 min udało się nam przebyć w niewiele mnij niż godzinę. Zaś powrót, obliczony na ok. 20 km drogi, rozciągnął się za sprawą doskonałej uwagi animatorów na lekcjach PO do rozmiarów nieprzewidzianych nawet przez ogólnowtajemniczonego i wszechwiedzącego ks. Tomasza.
Następnej nocy odbył się bieg ku uciesze sadystycznych animatorów, którzy dzień wcześniej mogli radować się widokiem nie spodziewających się niczego kochanych. Po ok dwu i pół godzinnym biegu każdej z ośmiu drużyn, rozlicznymi pułapkami i zadaniami urozmaiconym, po mniejszym bądź większym formy kryzysie, udało się mozolnie sprawdzian siły woli i orientacji
terenowej ukończyć. A ks. Tomasz radował swoje serce.
W dzień przedostatni obył się piłkarski mecz animatorzy przeciwko kochanieńkim. Za sprawą przemyślnych posunięć taktycznych ks. Tomasza dotyczących fizycznej wytrzymałości kochanieńkich, animatorom wspieranym przez szczęścia niezliczone zastępy udało się wygrać w stosunku bramek 5:3, choć niektórzy dopatrują się sędziowskich błędów, znacznie na obraz gry rzutujących. Jednak ks. Tomasz wiedział, że swój cel osiągnął, wygrywając ten jakże dla morale kochanieńkich ważny mecz.
Stało się, iż dzień wyjazdu zgotowany został. Nie było jednak porównania z wsiadania historią, gdyż przez telepatyczny kontakt jakiś, utrzymany został ład i porządek. Dlatego też ostatniego dnia, po odniesieniu kompletnego zwycięstwa nad kochanieńkimi ks. Tomasz odpoczywał, gdyż nic już do roboty nie miał, a powodów do dumy wiele.
Tak zostały uformowane ciała i umysły nowej pijarskiej młodzieży (która w większości ciepło i z rozrzewnieniem wspomina Łapsze Niżne'99), a dzieje jej po początku spisywane są na bieżąco, gdyż wielkich czynów w przyszłości dzięki ks. Tomaszowi ma dokonać.

Materiały zamieszczone w serwisie objęte są ochroną prawa autorskiego. Kopiowanie jakichkolwiek fragmentów tekstów lub grafiki bez zgody autora zabronione. © KISIEL, Kraków 1999-2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.