Ania Pamuła 5 września 1999
Makabra dnia codziennego

Już od godziny 7 rano czułam się zmęczona. Wizja cudownego dnia sprawdzania moich kompetencji polonistycznych i matematycznych przytłoczyła mnie, gdzieś tam w kątach kryły się samobójcze myśli. Wstałam z cieplutkiego łóżeczka i zła na cały świat podążyłam zimnym korytarzem w stronę łazienki. Nie reagując na ponaglania mamy, wręcz flegmatycznie umyłam zęby, buzię oraz rączki. Wracając do pokoju snułam plany wykradzenia testów z gabinetu dyrektora lub zamordowania komisji rekrutacyjnej... Włączyłam radio i robiąc kwaśną minę wsłuchałam się w radosny głos Jędrycha, zapowiadającego wspaniały dzień dla ósmoklasistów. Po chwili bezsensownego gapienia się w wieżę, skierowałam się w stronę szafy i błędnym wzrokiem obrzuciłam stertę pogniecionych ubrań. Po kilkunastu minutach znalazłam obok niej równie pogniecione odświętne ubranie, które dzień wcześniej przygotowała mi mama. Bardzo powoli zabrałam się za bezładne nakładanie go na siebie. Po tej nużącej czynności zaczęłam pakować niezbędne rzeczy na egzamin tj. pióro, 50 długopisów (na wszelki wypadek - jakby w piórze skończył się atrament), gumkę do mazania i ołówek (chociaż podobno nie można z nich korzystać) oraz obowiązkowo złoty wisiorek szczęścia od babci Józi. Schodząc na dół, przypomniałam sobie jeszcze o tym czymś co mi sterczało na głowie i w wielkim pośpiechu wpadłam do łazienki, aby ujarzmić dzikie stado włosów. Kilka szybkich ruchów obolałą ręką i już mogłam z niesmakiem zabrać się do zjedzenia pysznego śniadanka, przygotowanego przez zdenerwowaną mamusię, która bardziej niż ja stresowała się badaniami kompetencji. W myślach obrzuciłam ją pogardliwym spojrzeniem, w szarej rzeczywistości jednak uśmiechnęłam się słodziutko, zapewniając, że na pewno dobrze mi pójdzie. Z obrzydzeniem wpakowałam w siebie ostatni gryz kanapki z szynką i szybko wybiegłam na korytarz. Tam, przypominając sobie o niedouczonym Twierdzeniu Pitagorasa, głucho jęknęłam, po czym ubrałam buty. Rozwiązanym sznurówkom pokazałam język i potykając się w progu, wybiegłam przed garaż, gdzie zniecierpliwiony, lecz dumny tatuś czekał aby wspaniałym samochodem podwieźć mnie pod gmach szkoły. Bezradnie otwarłam drzwi auta i z ponownym jękiem siadłam na fotelu. Zaczął się lament: „Nie mogę, nie potrafię, nie umiem, nie podołam, NIE ZDAM!!!". Na pocieszenia taty zareagowałam płaczem, po czym wsłuchałam się w bełkot jakiegoś wariata w radiu. Zasypana myślami, pogrążyłam się w półśnie. Po kilkudziesięciu minutach, otworzyłam niechętnie zaspane oczy i mówiąc tacie pożegnalne "cześć", wysiadłam z auta. Od razu, gdy przekroczyłam próg szkoły, poczułam nastrój egzaminów. Wreszcie dotarłam do drzwi mojej klasy i obrzuciłam niechętnym, ale także zdziwionym wzrokiem kolegów (pachnących, galowo ubranych i jakiś takich... dorosłych...) i koleżanki. Zaczęło się już zbiorowe odliczanie, zostało kilkanaście minut do rozpoczęcia pierwszych w życiu poważnych EGZAMINÓW, SPRAWDZAJĄCYCH NASZE KOMPETENCJE.
Zaczęło się. Przyszedł dyrektor. Rozdarłam kopertę, wysłałam całusa do sąsiada i rozpoczęła się walka..

OPIS PRZEŻYĆ WEWNĘTRZNYCH PODCZAS PISANIA EGZAMINÓW:

Czułam się jak Lokomotywa z wiersza Juliana Tuwima :

Stoi na stacji lokomotywa,
Ciężka, ogromna i pot z niej spływa -
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Buch, jak gorąco!
Uch, jak gorąco!
Puff, jak gorąco!
Uff, jak gorąco!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie...

...już naprawdę nie mogłam.
Dzisiaj znam wyniki egzaminów. Wszystko mam za sobą,. Tak wyczerpujący dla mojego umysłu maraton skończył się dla mnie w miarę szczęśliwie. Jutro wyjeżdżam na wakacje, do codzienności wrócę zapewne około 10 września... Teraz dopiero myślę sobie, że właściwie zupełnie niepotrzebna mi była ani trema ani zdenerwowanie...

Materiały zamieszczone w serwisie objęte są ochroną prawa autorskiego. Kopiowanie jakichkolwiek fragmentów tekstów lub grafiki bez zgody autora zabronione. © KISIEL, Kraków 1999-2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.