Już od godziny
7 rano czułam się zmęczona. Wizja cudownego dnia sprawdzania moich kompetencji
polonistycznych i matematycznych przytłoczyła mnie, gdzieś tam w kątach
kryły się samobójcze myśli. Wstałam z cieplutkiego łóżeczka i zła na cały
świat podążyłam zimnym korytarzem w stronę łazienki. Nie reagując na ponaglania
mamy, wręcz flegmatycznie umyłam zęby, buzię oraz rączki. Wracając do pokoju
snułam plany wykradzenia testów z gabinetu dyrektora lub zamordowania komisji
rekrutacyjnej... Włączyłam radio i robiąc kwaśną minę wsłuchałam się w
radosny głos Jędrycha, zapowiadającego wspaniały dzień dla ósmoklasistów.
Po chwili bezsensownego gapienia się w wieżę, skierowałam się w stronę
szafy i błędnym wzrokiem obrzuciłam stertę pogniecionych ubrań. Po kilkunastu
minutach znalazłam obok niej równie pogniecione odświętne ubranie, które
dzień wcześniej przygotowała mi mama. Bardzo powoli zabrałam się za bezładne
nakładanie go na siebie. Po tej nużącej czynności zaczęłam pakować niezbędne
rzeczy na egzamin tj. pióro, 50 długopisów (na wszelki wypadek - jakby
w piórze skończył się atrament), gumkę do mazania i ołówek (chociaż podobno
nie można z nich korzystać) oraz obowiązkowo złoty wisiorek szczęścia od
babci Józi. Schodząc na dół, przypomniałam sobie jeszcze o tym czymś co
mi sterczało na głowie i w wielkim pośpiechu wpadłam do łazienki, aby ujarzmić
dzikie stado włosów. Kilka szybkich ruchów obolałą ręką i już mogłam z
niesmakiem zabrać się do zjedzenia pysznego śniadanka, przygotowanego przez
zdenerwowaną mamusię, która bardziej niż ja stresowała się badaniami kompetencji.
W myślach obrzuciłam ją pogardliwym spojrzeniem, w szarej rzeczywistości
jednak uśmiechnęłam się słodziutko, zapewniając, że na pewno dobrze mi
pójdzie. Z obrzydzeniem wpakowałam w siebie ostatni gryz kanapki z szynką
i szybko wybiegłam na korytarz. Tam, przypominając sobie o niedouczonym
Twierdzeniu Pitagorasa, głucho jęknęłam, po czym ubrałam buty. Rozwiązanym
sznurówkom pokazałam język i potykając się w progu, wybiegłam przed garaż,
gdzie zniecierpliwiony, lecz dumny tatuś czekał aby wspaniałym samochodem
podwieźć mnie pod gmach szkoły. Bezradnie otwarłam drzwi auta i z ponownym
jękiem siadłam na fotelu. Zaczął się lament: Nie mogę, nie potrafię, nie
umiem, nie podołam, NIE ZDAM!!!". Na pocieszenia taty zareagowałam płaczem,
po czym wsłuchałam się w bełkot jakiegoś wariata w radiu. Zasypana myślami,
pogrążyłam się w półśnie. Po kilkudziesięciu minutach, otworzyłam niechętnie
zaspane oczy i mówiąc tacie pożegnalne "cześć", wysiadłam z auta. Od razu,
gdy przekroczyłam próg szkoły, poczułam nastrój egzaminów. Wreszcie dotarłam
do drzwi mojej klasy i obrzuciłam niechętnym, ale także zdziwionym wzrokiem
kolegów (pachnących, galowo ubranych i jakiś takich... dorosłych...) i
koleżanki. Zaczęło się już zbiorowe odliczanie, zostało kilkanaście minut
do rozpoczęcia pierwszych w życiu poważnych EGZAMINÓW, SPRAWDZAJĄCYCH NASZE
KOMPETENCJE.
Zaczęło się.
Przyszedł dyrektor. Rozdarłam kopertę, wysłałam całusa do sąsiada i rozpoczęła
się walka..
OPIS PRZEŻYĆ
WEWNĘTRZNYCH PODCZAS PISANIA EGZAMINÓW:
Czułam się
jak Lokomotywa z wiersza Juliana Tuwima :
Stoi na stacji lokomotywa,
Ciężka, ogromna i pot z niej spływa -
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Buch, jak gorąco!
Uch, jak gorąco!
Puff, jak gorąco!
Uff, jak gorąco!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie...
...już naprawdę
nie mogłam.
Dzisiaj
znam wyniki egzaminów. Wszystko mam za sobą,. Tak wyczerpujący dla mojego
umysłu maraton skończył się dla mnie w miarę szczęśliwie. Jutro wyjeżdżam
na wakacje, do codzienności wrócę zapewne około 10 września... Teraz dopiero
myślę sobie, że właściwie zupełnie niepotrzebna mi była ani trema ani zdenerwowanie...
Materiały zamieszczone w serwisie objęte są ochroną prawa autorskiego. Kopiowanie jakichkolwiek fragmentów tekstów lub grafiki bez zgody autora zabronione. © KISIEL, Kraków 1999-2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.