Z życia wzięte...
Pewnego pięknego popołudnia, a konkretnie w dzień próbnych matur wraz
z moją fantasyczną klasą udałem się do Muzeum Narodowego. Świeciło radosne
słońce, czasami zacinało białym puchem. Celem była wystawa Józefa Mehoffera
(w końcu trzeba było nie przeszkadzać maturzystom i wybić ze szkolnych
murów). Wpadłem do muzeum dosyć spóźniony, lecz na szczęście koledzy właśnie
wychodzili z szatni. Dostałem "grupowy" numerek i czym prędzej udałem się
oddać kurtkę. Po długim oczekiwaniu wreszcie zostałem obsłużony. Wróciłem
do hallu, gdzie czekali moi towarzysze. Przez jakieś dwie godziny przedzieraliśmy
się razem z przewodniczką przez nieopisane tłumy zwiedzających. Ekspozycja
była całkiem ciekawa.
Gdy już udałem się ku drodze powrotnej rozległ się dźwięk mojej komórki.
Romek
Stankiewicz, dzień dobry - odebrałem jak zwykle. Dzwonił kolega, którego
nie było w muzem, aby zapytać się czy Pani Profesor sprawdzała obecność.
Ponieważ nie widziałem dziennika zdecydowanie zaprzeczyłem.
Może
wpadniesz do mnie na chwilę? - zapytał kolega mieszkający na Klinach. Sam nie
widziałem co odpowiedzieć, lecz po chwili zastanowienia zgodziłem się.
Wraz z innym kolegą, który wiedział jak tam dojechać wsiadłem do autobusu.
Po paru przesiadkach w Łagiewnikach wsiedliśmy do kolejnego tramwaju,
który miał nas dowieść prosto na Kliny. Wciągnęliśmy się bardzo w rozmowę
dotyczącą życia szkoły, wystawy Mehoffera i paru innych tematów. Upłynęło
jakieś 10 min. Nagle rozległ się nie przyjemny dla ucha głos Dzień dobry,
bardzo proszę bileciki do kontroli. Udało nam się narychmiast skasować
bilety, lecz w tym samym czasie jeden z kontrolerów znacząco popatrzył
na drugiego. Czemu kasujecie bilety dopiero w czasie kontoli? -
zapytał jeden. Według ... punktu regulaminu MPK takie bilety są nieważne
- dodał drugi. Ponieważ tramwaj dojechał właśnie do pętli byliśmy zmuszeni
do wysiadki. Płacicie na miejscu czy mamy Was spisać? - padło pytanie.
Okazało się, że przejazd bez biletu kosztuje odpowiednio 44 zł na miejscu
lub 60 zł w biurze MPK. Oczywiście pierwsza możliwość była znacznie lepsza,
dlatego zaczęliśmy się nierwowo macać po kieszeniach. Masz jakieś pieniądze?
- zapytałem kolegę, który momentalnie pokręcił głową. No dobra, płacicie
44 zł jakby za jedną osobę, a o drugiej zapominamy - oznajmili
kontrolerzy. Niestety nawet takiech gotówki nie posiadałem. Pozostało mi
tylko zaproponować wycieczkę do bankomatu, który znajdował
się w oddaleniu ok. 500 m, w pobliskim domu towarowym. Kanarzy zgodzili
się niezwykle chętnie i już po 15 min wręczyłem im 44 zł. Jeden z nich
wyjaśnił, że właśnie tyle otrzymają oni od MPK, gdy zapłacimy w biurze
- My zarabiamy na tym tyle samo, a że MPK na tym traci, to nikogo nie
obchodzi.
Wsiedliśmy z nimi do przejeżdżającego autobusu i za darmo
przejechaliśmy parę przystanków. Serdecznie uścisnęliśmy dłonie i udaliśmy
się na Kliny... Tego dnia czuwała jednak nad nami Opatrzność, gdyż w sumie oszczędziliśmy
sporo pieniędzy. Ta przygoda przypomniała nam raz jeszcze, że jednak warto
kasować bilety...
Materiały zamieszczone w serwisie objęte są ochroną prawa autorskiego. Kopiowanie jakichkolwiek fragmentów tekstów lub grafiki bez zgody autora zabronione. © KISIEL, Kraków 1999-2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.